niedziela, 11 listopada 2012


Ona była inna. Kusiła, kokieteryjnie się uśmiechała,  przyciągała do siebie facetów, robiła im nadzieję, a później, zostawiała na lodzie. Kochałem oglądać ich smutne twarze, byłem tylko, kolejnym dupkiem, jak podsumowała mnie podczas jednego z gwieździstych wieczorów, którego spędziliśmy  na dachu mojego domu, ku niepocieszeniu mojej mamy. Nie byłem w tobie zakochany, a nawet jeżeli byłem, oszukiwałem siebie, prawdopodobnie od środka bałem się tego, że ze mną zrobisz to samo.  Seks bez zobowiązań, tak nazwałaś to co działo się pomiędzy nami, pasowało mi to. Znałaś dużą ilość mężczyzn, w ich uważaniu byłaś suką, nie mylili się. Byłaś dorosła, niska, chuda, byłaś piegowatą szatynką z zielonymi oczami, lubiłaś rozciągnięte bluzy i swetry, pochodziłaś z Anglii, kochałaś swoją ojczyznę, wracałaś do Londynu, tak często jak tylko mogłaś,  w zimie wnosiłaś śnieg do domu, choinkę ubierałaś już po 14 listopada, piłaś tylko jeden rodzaj wody mineralnej, kochałaś brokuły, kochałaś książki dotykające problemów ludzi, cicho wkradające się w ich podświadomość, sama mi tak powiedziałaś, kochałaś również różne irracjonalne książki o wampirach, od 2 lat, sikałaś w majtki gdy widziałaś, gdy słyszałaś gdzieś coś o One Direction, twierdziłaś, nie, nie ja nie jestem jakąś walniętą psychofanką, znającą każdy szczegół z ich życia, pisząc to przypomniało mi się jak byli w Niemczech, pobiłaś jedną fankę, po to by Niall uścisną twoją dłoń. Byłaś, hmm w 100 procentach byłaś sobą, nigdy nikogo nie udawałaś, jak miałaś lepszy humor, potrafiłaś być  miła, słodka, jak gorszy, chodziłaś cała wkurwiona, nienawidziłaś śród, och środa to twój najgorszy dzień tygodnia. A ja? Jaki ja byłem według ciebie? Wkradam się do naszej sypialni i ty i nasz synek, słodko śpicie, otwieram jedną z szuflad, po przekopaniu się przez twoje majtki, staniki, na serio nie wiem po co ci tego tyle, mogłabyś chodzić po domu nago, lecz nie nasz syn rozumie już pewne rzeczy. Na dnie szuflady znajduję słodki różowy zeszyt, szybko go zabieram i wybiegam z pokoju, a więc jaki jestem? Mario, ach Mario chyba na prawdę się zakochałam. Och czemu ty tak zawsze słodko wyrażasz się na temat miłości? Fakt jesteś zimną skuą, lecz gdy naprawdę kogoś pokochasz, miękną ci kolana, stajesz się nieśmiała i delikatna. Jestem sama jest zimno, jest ciemno, jest mokro, a jego nie ma, a muszę mu coś powiedzieć, wiesz kocie, twój tatuś jest genialny, naprawdę genialny.  Nie umiałaś składać zdań, zawsze wychodziło ci to nieudolnie, mówiłaś wtedy do tego małego chłopca, który w tym momencie, ciągnie nie za koszulkę i mówi, że chce kakao. A jaki on jest? Jest miły, ciepły, troszczy się o nas, kocha nas. Pamiętnik jest zalany, prawdopodobnie szybko go zamykałaś i oblałaś herbatą, mały ciągnie mnie za rękę muszę kończyć. Wchodzisz do kuchni, całujesz mnie, stajesz przy blacie w mojej za dużej koszulce, rozpuszczonych potarganych włosach, robisz nam właśnie kawę, a ja przyglądam się tobie i dziękuję panu za to, że zesłał na mnie jednego ze swoich aniołów.

Siedziałam na łóżku u Mario i wpatrywałam się w małe łóżeczko stojące w kącie, chłopak poszedł po coś do picia, a ja miałam zaczekać. Nagle w łóżeczku coś się poruszyło, po chwili mały zaczął płakać. Podeszłam do niego, wzięłam na ręce i zaczęłam uspokajać. - Ciii mama tu jest. - pocałowałam go w czoło.
Chłopczyk po chwili się uspokoił, spojrzałam w stronę drzwi stał tam Mario, uśmiechał się.
- Bałaś się. - powtarzał moje niedawne słowa. - Bałaś się czego?
- Nie wiem. - wymamrotałam pod nosem. On przytulił mnie i resztę wieczoru spędziliśmy w trójkę wspominając stare czasy.

Siedziałam na kanapie i czytałam książkę, światło w całym domu było zgaszone, jedna mała lampka oświetlała pomieszczenie. Usłyszałam jakiś szelest przy drzwiach, nagle jakaś kartka wpadła przez otwór w nich, podeszłam tam, usłyszałam tylko jak ktoś zbiega ze schodów i razem z kopertą powróciłam na kanapę.
Zdobił ja piękny napis Alice otworzyłam ją, wyleciała z niej kartka, trochę poplamiona krwią.  Znajdowało się tam tylko jedno zdanie; Pamiętaj duchy przeszłości powracają. - Twój Stróż. 

Ugh beznadzieja. 

sobota, 3 listopada 2012

Wszyscy spoglądali na mnie, patrzyli się jakbym była ubrana w jakąś nienaturalnie drogą sukienkę, a byłam tylko w twojej starej poplamionej bluzie, krępowało mnie to. Podeszłam do zlewu, nalałam wody do czajnika. O Boże dlaczego kuchnia u Svena nie jest osobnym pomieszczeniem, tylko musi być połączona z salonem? Chociaż byłam od nich odwrócona, czułam ich wzrok na mojej osobie, analizowali mój każdy ruch. Do cholery, co aż tak ciekawego jest w robieniu herbaty? - Żurawinowa. - usłyszałam twój głos przy moim uchu. - Zbliża się zima, a tą porą roku pijasz herbatę żurawinową. - byłeś niepewny, lekko musnąłeś moją rękę. Jakbyś bał się mnie dotknąć. - Żurawinowa jest tam. - stałeś za mną i instruowałeś mnie ręką gdzie mam sięgnąć. Czas się zatrzymał, teraz liczyliśmy się tylko my. Teraz jest dobrze, ale czeka nas rozmowa. Zamiast się do nich dosiąść idę w stronę swojego tymczasowego pokoju, siadam na łóżku, zapalam lampkę, która stoi na stoliku przy nim, lekko oświetla pokój, ręką sięgam do walizki, wyjmuję z niej kosmetyczkę, czas zmyć róż z moich paznokci. Starannie zmywam resztki lakieru, czuję, ze łóżko delikatnie się ugina, nie spoglądam w stronę osoby siedzącej koło mnie, wiem, że to ty. Łapiesz mnie w pasie, zabierasz kosmyki moich włosów za ucho, składasz jeden pocałunek na szyi. Zachowujesz się jakby nic się nie stało, a stało i to wiele. - Tęskniłem. - szepczesz do mnie. - Miałem przeczucie, że gdzieś tu jesteś. Widziałem dziś nawet w parku dziewczynę, podobną do ciebie. - zaśmiałeś się. - Gdzie byłaś? Cały czas w Niemczech? - Wstydzę się. Wstydzę się ci cokolwiek powiedzieć, wstydzę się ci powiedzieć, że prawie zapiłam się na śmierć, wstydzę się tego, że was zostawiłam, że wyjechałam bez słowa, że wyjechałam na tak długo. Chcę mi się płakać, łzy cisnął mi się do oczu, lecz tego nie robię, o nie, nie wezmę cię na litość. Czas na wyjaśnienia, prawda? - Byłam w Stanach, w Dallas. - mówię cicho. - Moje życie koncentrowało się głównie na piciu. - tym razem ja się śmieję, śmieję z mojej głupoty. - Nawet wylądowałam w szpitalu.
- Nie masz się czym chwalić. - twoje zachowanie obróciło się o 360 stopni, jesteś chłodny, opryskliwy.
- Zastanawia mnie jedno. - przerywasz na chwilę i spoglądasz w stronę okna. - Dlaczego go zostawiłaś? Dlaczego wyjechałaś bez słowa.
- Bałam się. - mamroczę pod nosem. Śmiejesz się, śmiejesz się w głos. - Bałam się, że nie dam sobie rady.
- Rozbawiłaś mnie tym, wiesz ja jakoś musiałem sobie dać radę. - wstajesz szybko z łóżka, wychodzisz, prawie trzaskasz drzwiami. Co ja sobie wyobrażałam? Że wrócę tutaj, a ty rzucisz mi się w ramiona? Nie było mnie tyle czasu, nie dawałam o sobie jakiegokolwiek znaku. Nie jestem na ciebie zła. Układam się na łóżku w pozycję embrionalną, łzy spływają po moich policzkach, to boli, boli mnie serce, boli mnie przeszłość. Na szafeczce przy łóżku coś miga, to mój telefon, spoglądam na niego, widzę twoją uśmiechniętą twarz, czytam co napisałeś Do cholery, cały czas będziesz użalała się nad sobą, będziesz jakimś wrakiem emocjonalnym, niezdatnym do życia, czy weźmiesz się w garść i stawisz czoła wszystkiemu? Jutro 15. w moim domu. Przyjdź, a zobaczymy czy nadal jest jeszcze dawna Alice. Odkładam telefon w jego miejsce, zakrywam się kołdrą po same uszy, boję się, boję się zderzenia z rzeczywistością.
Rano wstaję, wychodzę na balkon, zapalam papierosa, głos w mojej głowie mówi skończ z tym świństwem, lecz drugi krzycz, krzyczy, on nie mówi on krzyczy, domaga się kolejnej dawki nikotyny. Biorę szybki prysznic, biorę pierwsze lepsze spodnie i jakąś podartą koszulkę, robię lekki makijaż, moje brązowe włosy, spinam w koka na czubku głowy, na ramiona zarzucam twoją starą bluzę. Idę w stronę kuchni, mam szczęście Lena i Sven jeszcze nie wstali, szukam jakiegoś mazaka, jakiejś kartki, chwila bazgrania i wszystko gotowe Dzięki za przenocowanie, odwdzięczę się. Alice. Otwieram drzwi szybko zbiegam ze schodów, wsiadam do autobusu, który ma zawieźć mnie pod moje stare mieszkanie. Dobrze, ze go nie sprzedałam, ani nie wynajęłam. Dziękuję Bogu w myślach, za to, że chociaż raz posłuchałam się Mario i zrobiłam tak jak radził. Byliśmy w dziwnym związku, dużo kłótni, dużo łez, dużo nieprzespanych nocy, rano się kłóciliśmy, wieczorem odzywaliśmy jakby nic nigdy się nie stało,  gdy byłam zła wiedziałeś jak mnie uspokoić, wiedziałeś, że głos Alexa Turnera działa na mnie kojąco, nie słuchałam się ciebie, nie obchodziło mnie czy dobrze mi radzisz czy nie i tak postawiłam na swoim. Teraz stałam na zakurzonej podłodze i wpatrywałam się w ścianę pokrytą zdjęciami. Podeszłam bliżej niej - Pieprzona niespełniona pani dekorator. - wystrój mieszkania był ładny, nowoczesny, lecz z nutą starych zasad. Usiadłam na zakurzonej kanapie, było magicznie, słonce lekko wpadało przez do połowy zasunięte żaluzje, na środku pokoju stała wyżej wspomniana kanapa, gdy tylko ugięła się pod moim ciężarem, cały kurz uniósł się w powietrze, mienił się on teraz w słońcu i lekko odchodził w stronę regału ze starymi książkami. Byłam osobą kochającą czytać, a w szczególności książki dotykające ludzi, dotykające ich wewnętrznych przeżyć. Co druga książka była albo o narkomanach, albo o mordercach, albo o kobietach, na których doświadczono gwałtu. Chciałam zgłębić jak największą wiedzę na ten temat, lecz w ciągu mojego pobytu w Dallas udało mi się zasmakować prawie wszystkiego. Spojrzałam na stary zegar, który wisiał obok regału z książkami, 13, mam czas. Postanowiłam tam pójść, Mario może zrobić ze mną wszystko, może zmieszać mnie z błotem, może nagadać coś matce, lecz nie on taki nie jest, w samotności się na mnie wydrze, a na światło dzienne wyjdzie w końcu to co leży jego matce na sercu. Z zamyślenia wyrwał mnie dzwonek do drzwi, tak cholernie go nienawidzę, raz chcą zmienić tą cholerną melodię, wyłączyłam prąd w całej kamienicy, oczywiście Mario miał lepszy pomysł, lecz ja nie zrobiłam tak jak chciał, za to mi brak prądu kompletnie nie przeszkadzał, zapaliłam sobie świeczkę, do ręki wzięłam książę o seryjnym mordercy i zagłębiłam się w świat irracjonalnych przeżyć człowieka, który zabił całą swoją rodzinę. Podeszłam do drzwi i je otworzyłam stał tam Marco. Nie, nie, nie byłam przygotowana dziś tylko na jedną rozmowę, a wiem, że on mnie wykończy. Nie bawiąc się w zapraszanie do środka, ani o jakiekolwiek cześć, przeszedł do sedna sprawy - Co ci strzeliło do tego pustego łba, żeby tu wracać? Już się wszystko prostowało, ale nie nagle ty sobie o nich przypomniałaś. Pieprzona egoistka, było ci źle i wracasz nagle, może czekasz na owacje na stojąco? - Bolały mnie jego słowa, lecz prawda boli. Zawsze, prawda boli. - Mogłaś tam zostać i zapić się na śmierć, nikomu by nie było szkoda. Po cholere wyjeżdżałaś?
- Bo się bałam. - wrzasnęłam w jego stronę, byłam nerwowa, wszyscy to wiedzieli.
- Bałaś? - zaśmiał się. - O kurwa bałaś się. Trzeba było zostać, on by ci pomógł. Było by lepiej.
- Skąd ty kurwa wiesz co jest dla mnie lepsze? Jesteś mną, żyjesz w mojej podświadomości?
- Ale mi nie chodzi o ciebie. Było by lepiej dla Mario.
- Czego tak sądzisz? - podeszłam bliżej chłopaka. - Spędziłeś z nim tyle czasu co ja, znasz go dokładnie, kochasz go tak jak ja? - Odwrócił się w stronę okna i patrzył na panoramę Dortmundu.
- Tak, tak kocham go tak jak ty. - zamarłam. W jednej chwili zamarłam. Właśnie jeden z moich przyjaciół powiedział mi, ze jest zakochany z moim narzeczonym.
Stałam pod domem Mario i bałam się nacisnąć przycisk domofonu. Trzy, dwa, raz. Odliczam. - Jesteś pieprzonym tchórzem Alice, wiesz? - mówię do siebie i dzwonie.

Nie wińcie za Gotzeusa, nie będzie go obiecuję. To tylko moja niewyżyta wyobraźnia. 

czwartek, 1 listopada 2012

Do zakurzonego pokoju wszedł wysoki mężczyzna, popatrzył na  brunetkę, która siedziała w kącie, podszedł do okna, odsłonił żaluzję, która cała się kleiła, po chwili całe pomieszczenie wypełniło słońce,  Dallas jesienią to coś pięknego. Opadające kolorowe liście, ciepły i miły wiatr. - Zostaw mnie w końcu. - melodyjny głos dziewczyny wypełnił całe pomieszczenie, jej palce oplotły kolejną butelkę wódki, wypiła trochę duszkiem. Mimo wpadającego słońca, w pokoju było szaro, jedyną  rzeczą, która się odznaczała, były jej różowe paznokcie, lakier odpadał z nich, lecz nadal był bardzo charakterystyczny. Chłopak przypomina sobie ją, przypomina jak przyjechała tu pół roku temu, była zagubiona, cicha, nikt nic o niej nie wiedział, otworzyła się, otworzyła przed nim, opowiedziała wszystko, od momentu poznania Mario, poprzez ich wzloty, upadki, aż do jednego dnia, do 17 września. - Popadłaś w alkoholizm. - zaśmiał się, lecz nadal patrzył na panoramę Dallas. - Musisz tam wrócić, musisz stawić się przed faktem dokonanym, musisz przestać uciekać. - mężczyzna podszedł do niej, kucnął obok niej. - Sally, Sally - krzyczał do niej, nie zdradziła swojego prawdziwego imienia, jemu przypominała Sally, jego małą siostrę, były podobne z charakteru, to chyba przez to. Lecz Sally nie reagowała. - Zapiła się. - powiedział cicho, wyciągnął telefon, szybko wykręcił numer na pogotowie. [...]
- Po co mnie uratowałeś? - zapytała zachrypniętym głosem. - Nie mam dla kogo żyć. 
- I tu się mylisz. - spojrzał na nią, leżała tam taka mała bezbronna. - Masz, kochasz ich, nie żyjesz, ale bez nich. - Chyba wzięła sobie jego słowa do serca, minął miesiąc, a ona nie pije, nie bierze, nic. Jest czysta. Wyjeżdża. Chłopak jedzie z nią na lotnisko. Płacze, mówi mu, że zostawiła tu dużą część siebie. Boi się, boi tego co zastanie ją w Niemczech, lecz jest dużą dziewczynką, musi sobie jakoś poradzić. 
- Sally. - brunet krzyczy w jej stronę, ona odwraca się, w zamian widzi tylko uniesiony kciuk chłopaka.
Był on w pewnym rodzaju jej aniołem stróżem. Pomagał w trudnych chwilach, wysłuchał jej, śmiał się z nią, nie było to częste zjawisko, lecz kiedyś się zdarzyło. Pewnego ranka Sally obudziła się o 7, była bardzo zadowolona, chłopak był zdziwiony. - Coś się stało? - zapytał się jej, gdy weszła do kuchni i wstawiła wodę na herbatę. - Miałam sen. - właśnie wskoczyła na kuchenny blat, machała nogami, nie poznawał jej, była inna. - Śnił mi się Mario, ciepły majowy dzień w Dortmundzie i nasz synek. - wtedy pierwszy raz usłyszał o tym, że ma syna, uśmiech nie schodził z jej twarzy przez cały dzień, pokazywała mu zdjęcia Chrisa. Cieszył się, myślał, że w końcu odżyje, lecz wieczorem znowu się zaczęło, teraz będzie dobrze, wraca do domu, do niego, do nich. Kocha ich i tylko to się teraz dla niej liczy. 

- Stchórzyła, a ty musisz bawić się w niańkę. - Marco mówiąc to usiadł obok mnie na ławce. - Nie rozumiem jej, lubiłem ja nawet, była miła, trochę zakręcona, ale to co zrobiła. 
- Zamilcz. - syknąłem w jego stronę. - Jak tak bardzo nie pasuje ci to, że zajmuję się własnym synem to odejdź. - stchórzyła, wiem, ale co miałem zrobić? Trzymać ją na siłę? Fakt, od ponad pół roku moje życie stało się monotonne, pranie, przewijanie, prasowanie, sprzątanie, dobrze, ze mama chciała mi pomóc, sam bym chyba nie dał rady, lecz nie żałuję, cieszę się. Reus cały czas coś gadał, wyłączyłem się, mój wzrok skupił się na niewysokiej brunetce siedzącej parę ławek od nas, miała podobne jeansy do tych, które miała Alice. Analizowałem jej każdy milimetr ciała, kawałek po kawałeczku, małe stopy, zgrabne długie nogi, długie brązowe włosy, opadające lekko na piersi, kawałek grzywki wystającej spod różowej wełnianej czapki, na nogach jakieś trampki, stare przetarte jeansy, gruba kurtka, och z pewnością Alice by się tak ubrała. - Marco. - trącam chłopaka ręką. Spogląda na mnie. - Tam jest Alice. - mówią to pokazuję w stronę dziewczyny siedzącej na ławce. - Widzisz? - patrzę jeszcze raz w jej stronę, lecz ona nie siedzi tam sama, dosiadł się do niej jakiś chłopak, złapał ją za rękę. - Taa. - wyszeptałem.
- Jesteś dziwny Gotze. - głos przyjaciela był donośny, lecz Marco był chyba przyjaźnie nastawiony. - Tak bardzo za nią tęsknisz, a nie zadzwonisz, nie napiszesz? Nie wiem kto jest większym tchórzem, ty czy ona. 

Opuszczam lotnisko w Dortmundzie, łapię jakąś taksówkę podaję adres mojej przyjaciółki. Po chwili stoję pod jej drzwiami, wciskam dzwonek, otwiera mi. - Alice? - głos Leny jest cichy, prawdopodobnie znowu jest chora,wchodzę do środka, na kanapie leży rozwalony Sven. - Wygodnie? - momentalnie podnosi się i staje przede mną. - Alice? - przeciera oczy ze zdumienia. - Co ty tu robisz? - mówiąc to przytula mnie. - Gdzie byłaś? Wiesz Mario nie może się pozbierać. - Nie chcę odpowiadać na te wszystkie pytania, źle się czuję, boli mnie głowa, boli mnie dusza. - Może zrób listę, w końcu masz tyle tych pytań. - chciałam żeby zabrzmiało to jak najbardziej przyjaźnie, lecz chłopak chyba odczuł moje prawdziwe zamiary, szybko się wycofał i zrobił mi herbaty. Siedzieliśmy przy kuchennym stole i nawzajem się w siebie wpatrywaliśmy.
- No to ten. - zaczęłam niepewnie. - Mogę tu zostać na noc? - zapytałam się ich. Sven od razu pokiwał twierdząco głową. Zdrzemnęłam się, lot i zmiana stref czasowych dało nieźle w kość. Obudził mnie głośny śmiech dochodzący z salonu. Wstałam, założyłam jakąś bluzę i wyszłam z pokoju. Rozpoznawałam te głosy, Mats, Robert, Kuba, Łukasz, Sebastian, och jak brakowało mi graczy BVB. Chciałam ich spotkać, przytulić, lecz bałam się spotkania z takim jednym niskim, grającym z 10 na plecach piłkarzem. Lecz było za późno, weszłam do pokoju, z twoją bluzą na ramionach, a ty siedziałeś tam obok Marco i wpatrywałeś się w  mój każdy kolejny ruch. Uśmiechnąłeś się, a ja byłam już spokojna.

Nie wiem czy mi się to podoba, czasami tak, czasami nie.. 

niedziela, 28 października 2012

Uwielbiałem ją zimą, gdy z utęsknieniem czekała na święta, gdy wieczorami siadała w wielkim fotelu i czytała książki o narkomanach, gdy wyciągała z szafy grube swetry, gdy robiła sobie dziesiątą herbatę żurawinową, gdy wracałem z wieczornych treningów, a ona siedziała pod grubym kocem w kwiatki z zapaloną lampką i wpatrywała się w ścianę, gdy wychodziliśmy razem na dwór i zasypywała mnie śniegiem.

Uwielbiałem ją wiosną, gdy narzekała, że biały puch się roztapia, gdy pochłaniała nienaturalną ilość białej czekolady, twierdząc, że jest inna i jesienną depresję przechodzi w marcu, gdy w czasie świąt wielkanocnych oblewała mnie wodą, uwielbiałem nawet jej katar, którego dostawała w maju, bo była alergikiem.

Uwielbiałem ją latem, gdy kłóciliśmy się o to gdzie pojedziemy na wakacje, gdy wybieraliśmy razem jej strój kąpielowy, co często kończyło się wspólną chwilą w przebieralni, gdy chodziła wkurwiona bo bała się wyników egzaminów, gdy przeklinała po polsku, lub hiszpańsku, gdy kupowała tony seven-upów oraz kremów przeciwsłonecznych z ogromnym filtrem bo miała uczulenie na słońce.

Uwielbiałem ją jesienią, gdy odżywała na nowo, gdy całe mieszkanie wypełniało się zapachem malin i cynamonu, kochałem te ciastka, które piekła, gdy oglądała kolejny sezon Plus ligi, gdy wczuwała się w kibicowanie, gdy chodziliśmy razem do parku i robiliśmy bitwę na liście. Uwielbiałem gdy siadała na skraju łóżka i nieśmiało się do mnie przysuwała, gdy delikatnie mnie całowała.

Nagle wszystko się zmieniło, uciekła bez słowa, zostawiła mnie tu, lecz nie samego, zostawiła z najwspanialszym co mogło nam się przydarzyć - naszym synem.

Nie pytajcie się mnie co robię, nie pytajcie się mnie co to jest.
Podoba mi się to i tyle. 

poniedziałek, 22 października 2012

Ona jest promykiem nadziei, jeżdżącym samotnie włóczęgą 
poprzez otwartą przestrzeń. 

Drogi Mario 
` Każda opowieść ma swój początek i koniec, ta zaczęła się dawno, dawno temu byliśmy dziećmi, teraz sami je mamy, mamy wnuki, mamy, mamy to za dużo ja mam. Przeszliśmy przez tak wiele, były wzloty, były upadki, zawsze dawaliśmy wszystkiemu radę, szliśmy przez życie z uśmiechem, z tobą nie dało się inaczej. Byliśmy szczęśliwi, byliśmy szczęśliwi do końca. A pamiętasz jak twoja matka, zakazała się nam spotykać? Niczym Romeo wieczorami stałeś pod moim oknem, lub pamiętasz jej reakcję na wieść do małej? Uśmiechnęła się. Teraz nie ma jej, nie ma ciebie, nie ma nikogo kto mógłby mi pomóc, lecz ja nadal się uśmiecham, nadal wspominam, nadal kocham, nadal pamiętam, naszą kłótnie, pamiętam tą niepewność. Płaczę. Łzy lecą na kartkę, lecz ja nadal do ciebie piszę. Wiem, że to przeczytasz, że przyjdziesz tam kiedyś po tą kartkę. Słowa nie oddają tego co do ciebie czuję, nie oddają tego jak mi ciebie brakuje, nie oddają jak za tobą tęsknię. Lecz ty wiesz, prawda? 
Kochająca Ania. 

Składam list, wkładam go w kopertę, piszę najładniej jak potrafię Mario uśmiecham się, wstaję idę w stronę cmentarza. Mijam Martę, którą widzę tu codziennie, idę w stronę twojego grobu, siadam na ławeczce. Opowiadam. Mówię co u mnie, u dzieci, u wnuków. Wyciągam list, kładę go, odchodzę. Łzy leją mi się z oczu, odwracam się, wiatr zwiewa list, patrzę się jak mała kartka papieru leci w stronę nieba, o tak na pewno leci do ciebie. 

Skończyłam. List miał wyjść inny, wszystko miało być inaczej (jak zwykle) 
ale chyba jestem zadowolona z tego opowiadania, mam pomysł, a raczej miałam na kolejne, zobaczymy, jak na razie zostaje mi jeszcze jedno do dokończenia.
Niedługo coś się tu powinno pojawić.
Justyna. 

poniedziałek, 15 października 2012

Będę na ciebie czekać. 
Będziemy siedzieć razem nad brzegiem morza. 

Uśmiecham się, nie wierzę w to co mówi, do sali wchodzi jego matka, jest zdziwiona, synku mówi i przytula go. Chłopak siedzi zdziwiony powtarzam sobie w głowie, że wszystko będzie ok, lecz chyba sama w to nie wierzę. Lekarz nam wszystko wyjaśnił, powiedział, że to przejdzie, lecz potrzeba czasu. Pytam się lekarza jeszcze o jedno, czy Mario mógł mnie słyszeć? Mówi, że to bardzo prawdopodobne, wracam tam pytam się go, czy coś słyszał. Mówi, że tal tyle, że nic nie zrozumiał, ach no tak polski. - pomyślałam, spojrzałeś na moje ręce, wszystko w porządku? - zapytałeś, pokiwałam głową, że tak. Złapałeś mnie za jedną z nich.
- Nic nie pamiętam, ale czuję, że byłaś dla mnie ważna. - uśmiecham się, och kocie, czuję że przed nami bardzo długa droga, odkrywania nowych siebie.

Mijały dni, stan Mario się polepszał, mogłam zabrać go do domu. Wjechałam na podjazd, wysiedliśmy, złapał mnie za rękę, wmawiałam sobie, że przypomina coś sobie, lecz wiedziałam, że robi to na siłę. Weszliśmy, zaprowadziłam go na górę, spojrzał na napis na ścianie - Zrobiłem to dla ciebie? - zapytał się mnie. - Tak, przeżyliśmy wtedy nasz pierwszy. Tak dla mnie. - dokończyłam ciszej. Zaśmiał się. Usiedliśmy razem na łóżku. - Pokażesz mi jakieś zdjęcia? Wiesz chce sobie to wszystko przypomnieć. - był taki inny, nieobecny, jakby się do czegoś zmuszał. Wyciągnęłam nasze albumy, odwracał zdjęcia. - Warszawa 2010. Byłem w Polsce? Ach no tak, pochodzisz stamtąd to ten dziwny język, prawda? I kocie też jest po polsku, prawda? - zaśmiałam się jak usłyszałam jego łamaną polszczyznę gdy wypowiadał kocie.
- To nie śmieszne. - obruszył się. - Naprawdę macie dziwny język.
- My mamy dziwny? Wiesz co przechodziłam, gdy uczyłam się niemieckiego? - zaczęliśmy się przekomarzać, ach poczułam się jak kiedyś, pocałowałeś mnie. Pierwszy raz od dawna, pocałowałeś. Zarumieniłam się, czuję, że moje policzki się czerwienią, śmiejesz się, ale co mam poradzić na to, że czuję się jak 14 letnia dziewczynka, która pierwszy raz się w kimś zakochuje? Tak, zakochuję się na nowo. Zrób to samo co ja, pokochaj mnie! Wybiegam z płaczem. Idziesz za mną, siadasz koło mnie, pytasz się co się stało, mówię ci wszystko, to że ciebie kocham, ty mnie nie. O wypadku, o Luke'u o tej próbie samobójstwa. Nie zaprzeczasz, tak naprawdę mówisz mi w twarz, że mnie nie kochasz. Uśmiecham się, wolę szczerość od udawania. Mówisz, żebym dała ci czas, że przypomnisz sobie wszystko, płaczesz. Noc. Przytulasz mnie. Czuję się bezpiecznie, w końcu czuję, że nic mi nie grozi. Ranek. Budzę się. Siedzisz naprzeciwko mnie i patrzysz się na mnie, całujesz w czoło. Łapiesz za rękę, idziemy na spacer, na stadion, wszyscy się ucieszyli, tylko ja siadam sobie daleko daleko od was. Obserwuję. Podchodzi do mnie Marco, siada obok.
- Nic nie pamięta? - kręcę głową, że nie.
- Chyba lepiej będzie jak wyjadę, on i tak mnie nie kocha, nie mam po co tu trwać.
- Zostań. - łapie mnie za rękę. - dla mnie.

***
- Mamo, opowiadaj dalej! Proszę. - słyszę głos swojej pięcioletniej córeczki, która siedzi obok mnie i co chwila gładzi mój ciążowy brzuszek. - Będziesz z wujkiem Marco?
- Kocie, sama używasz słowa wujek, to chyba wszystko wyklucza. - zmieniłam się, jestem starsza, lecz nawyk w mówieniu słowa kocie, nadal nie przeszedł. Czuję coraz silniejsze kopanie synka. Mała prosi o dalszy ciąg dalszy, nie mogę jej zostawić w niepewności.

***
Teraz mnie przytul.
Jestem sześć stóp od krawędzi i myślę. 

- Dla ciebie? - mówię niepewnie. Uśmiecha się, chciałem cię przekupić, mówi nagle, spróbuj, dla nas, dla przyjaciół, tez się martwiliśmy o niego, nie możesz się teraz poddać. Jego słowa towarzyszą mu cały dzień. Wracamy do codzienności. Wieczorami gramy w piłkę, dostaliśmy zaproszenie od mojej mamy, zobaczymy. Robisz wszystko by się we mnie zakochać, widzę, że ci nie idzie. Rozmowa.
- Nie rób tego na siłę. - proszę cię i spoglądam przed siebie.
- Ale czego? - siadasz za mną i całujesz mój kark. Oj nie nie kocie, nie odciągaj teraz mojej uwagi. Kurde udaje ci się, mija chwila, a części naszej garderoby lądują na ziemi. 
- Robisz to z litości. - mówię i całuję go. 
- Ale co? Naprawdę pamiętam cię, kocham cię. - zaraz zaraz pamiętam? 
- Pamiętam? - przestałam na chwilę. 
- Yhyy. - mruczysz mi do ucha. - Jesteś Ania, urodziłaś się 15 maja 1991 grałaś w piłkę, przyjechałaś tu by wyrwać się od ojca, twoim największym sekretem jest to, że twój misio nazywa się Frank i wszędzie go zabierasz, raz zabrałaś go na mecz i ci się zgubił, ja ty i Marco szukaliśmy go po całym stadionie, okazało się, że miał go Kevin, Frank ma również swoją małą koszulkę z bvb, zawsze się na mnie wściekasz bo robię ci źle kawę, zawsze mówisz jedna łyżeczka Gotze, a nie trzy! Uwierz mi pamiętam to, ale uwielbiam jak się rano na mnie denerwujesz. - w końcu zamknęłam mu usta pocałunkiem. Niczego więcej mi teraz nie było potrzeba. 

(to jest przyszłość, coś czas trochę wcześniej tego co było pomiędzy gwiazdkami, ale później niż normalnie) 


` Szykowałam się razem z moją siostrą na prawdopodobnie najważniejszy dzień w moim życiu. 
- Gotowa? - zapytała się mnie. Stanęłam przed lustrem. Wszystko w porządku, wszystko będzie ok, powtarzałam sobie. Weszłam do kościoła, wszystkie oczy były skierowane na mnie, nie lubię być w centrum uwagi, nienawidzę, stanęłam na przeciwko Mario, pocałował mnie, uśmiechnęłam się. Ksiądz jeszcze będzie się z nami miał. Przysięga. Cała długa formułka wypowiedziana, naszedł czas na 'tak' a co odpowiada Mario? Zastanowię się. Wybucham śmiechem. Napotykamy nieprzyjemne spojrzenie księdza, chłopak szybko się poprawia. Obrączki. Już obrączka miała wylądować na moim palcu, lecz nie, Mario musiał ją upuścić. - Kurde, zawsze wszystko muszę spieprzyć. - powiedział. Ogólnie to po chwili razem z Mario mojej obrączki szukał też Marco, Mats oraz Kevin. Musze wam powiedzieć, że zabawny widok. - Dokończymy bez nich. - powiedział ksiądz. 
- To tak się da? - zapytałam się go. Cały kościół wybuchł śmiechem, ksiądz już też nie mógł się powstrzymać. Ach naprawdę tego dnia nie zapomnę nigdy. ` 

Właśnie opisałam najdziwniejszą scenę ślubu ever. (lol) 
Wiem nikt nie połapie się pewnie o co chodzi z tym w nawiasie. 
I tak, mówię to wam pierwszy raz, to wszystko to wspomnienia Ani więc soł enjoy. ♥

sobota, 13 października 2012

Nie wierzę w nic, ani w dzień, ani w noc.
Nie wierzę w nic oprócz bicia naszych serc. 

Siedzę na podłodze w łazience, jest zimno, otworzyłam okno, wieje chłodny wiatr. Biorę do ust kolejnego papierosa, nienawidzę ich smrodu, dziwne dziś wypaliłam już połowę paczki. Zapalam go, rozkoszuję się zapachem. Patrzę się na przedmiot co leży przede mną, uśmiecham się, biorę go do ręki. Mała rzecz, a daje tyle radości. Bawię się nią, obracam sobie w palcach. Biorę ją mocno w dłoń, wbija mi się w palce, boli, lecz jest to przyjemny ból. Przejeżdżam jeden raz po ręce, po chwili widzę krew. Przy moim obrzydzeniu nią, powinnam pomyśleć o innym sposobie na samobójstwo. Patrzę się na mój nadgarstek, jeden zdecydowany ruch, rozumiesz? Do dzieła. Udało się. Czuję się dziwnie, dawno tego nie robiłam. Odzwyczaiłam się. Nagle ktoś wchodzi do łazienki. Marco. Na szczęście mdleję. Budzę się, jestem w szpitalu, w tym samym, który tak często odwiedzam. Słyszę krzyki. Krzyki kobiety i mężczyzny. 
- Zabiłaby się przez panią! - Marco? Nie nie wierzę, na kogo on się drze? 
- Przez nią, nie wiadomo czy mój syn przeżyje. - ach wszystko jasne. ` - Mats, on poruszył ręką, patrz zaraz znowu tak zrobi. Widzisz? - próbuję przekonać chłopaka do tego, że mam rację. - Mario, Mario kochanie, obudź się. - Za chwilę do sali wchodzi lekarz, zabiera mnie stamtąd, mówi, że nic takiego się nie stało, ale jak to? Przecież ja to poczułam, odwracam się. Przecież on tam siedzi. Rozmawia. Wbiegam do sali. - Mats, co on ci powiedział? - pytam uśmiechnięta. - Przykro mi, on się nawet nie obudził. - zaniosłam się głośnym płaczem słysząc te słowa.`  

` - Masz kogoś? - byłam wtedy w Polsce, udałam się na spacer z moim bratem. - Nie. - szybka odpowiedź, Piotrek po co się o to pytasz? - Ale go kochasz, prawda? - uśmiechnęłam się. 
- Tak. Tak mi się wydaje. Wiesz, to nie jest tak jak z Marcinem, jak z Krzyśkiem, wiesz, on jest inny, ja jestem starsza, czuję coś innego niż wtedy. - Siostra. - zawahał się na chwilę. - Tylko uważaj na siebie. Proszę. - podszedł bliżej i przytulił mnie.` 

` - Nie lubię ślubów, wesel, tego wszystkiego. - mówiąc to próbowałam zapiąć sama wisiorek. 
- Daj, zapnę. - podszedł do mnie. - Nasz ślub będzie inny. Obiecuję. - czułam jego ciepły oddech na szyi. - Nasz ślub? - odwróciłam się, a z oczu momentalnie popłynęły mi łzy. - Nie rycz. Wyjdziesz za mnie?.` 

Ale zanurzony w waniliowym zmierzchu
Przesiedzę na frontowym ganku całą noc. 


- Dlaczego chciałaś się zabić? - przy moim łóżku usiadł Marco. - Ej, ej nie płacz.
- Chcę zniknąć. I, i okazało się, że jestem w ciąży. Nie, nie z Mario.
- Zabiję go. Dorwę i zabiję. Nie powinnaś, tak robić. Mario się obudzi, nie będzie zły, kocha cię.
- Wiesz o co się pokłóciliśmy? Bo podobno go zdradzam. Teraz ma dowód. - wykrzyczałam najgłośniej jak tylko mogłam. Kolejne dni mijały, lekarze skierowali mnie do jakiegoś szpitala, nie poszłam, wiem że mogę normalnie funkcjonować. Uśmiechałam się, rozmawiałam, chodziłam do pracy, wracałam do domu, gotowałam, oglądałam mecze, czasami chodziłam na treningi. Ogólnie wszyscy brali mnie za normalną, lecz chyba tak nie było, fakt wszystko było dobrze, lecz czasami zdarzały się gorsze momenty. Poszłam do szpitala, to już pół roku, kocie pół roku, rozumiesz? Tęsknię za tobą, wchodzę do sali, zastaję tam twoją matkę. Uśmiecham się, odwzajemnia uśmiech. Siadam obok. Opowiadam. Mówię po polsku, specjalnie? Chyba tak. - Jadę do Polski, tylko na święta, mama mi każe, po Sylwestrze wrócę, wolałabym zostać, ale mama się uparła, ogólnie wszyscy mówią, że lepiej mi to zrobi, jest chyba dobrze, staram się zapomnieć o pewnych wydarzeniach, pamiętasz jak opowiadałam ci co stało się w Londynie, prawda? Przepraszam jeszcze raz. Żegnam się z nim, z jego matką, wychodzę ze szpitala, jest chłodno, opatulam się jeszcze bardziej szalikiem idę w stronę lotniska, samolot startuje, lecę do Warszawy, na lotnisku czeka na mnie mama, podchodzę do niej, przytulam się. Drogę do Torunia spędzamy w ciszy. Święta, mijają spokojnie, wyłączyłam telefon, nie wiem co dzieje się w Niemczech, nie włączam komputera, próbuję odpocząć. Sylwester, brat wyciągnął mnie z domu, idziemy do jego kumpli, znam ich, nawet niektórych lubię. Wszystko miło fajnie. Wracam do domu, już od dawna mówię tak na Dortmund. Idę w stronę szpitala, wchodzę po schodach, idę w stronę sali Mario, na korytarzu siedzi zadowolony Mats. Podchodzi do mnie, przytula, wchodzę do sali, nie wierzę. Podchodzę bliżej, biorę go za rękę. Uśmiecham się, on robi to samo.
- Mario. - szepczę. Łzy prawie lecą mi z oczu. - W końcu. - gładzę jego dłoń. Jedyne co otrzymuję w zamian to. - Ale kim ty jesteś?

` - A więc, Aniu. - uśmiechnął się. - Jesteś z Polski, prawda? - zapytał się i upił kolejny łyk kawy. Pokiwałam twierdząco głową. - Lubisz piłkę, prawda? 
- Prawda. - ech, piszesz o mnie książkę kocie? Wypytujesz się mnie o wszystko, dlaczego mieszkam w Dortmundzie. Powiedzieć prawdę, czy nie, powiedzieć prawdę czy nie? Tak, nie, tak, nie. Szalka po stronie tak, jest cięższa. Opowiadam. Współczuje mi, mówię że przecież już wszystko dobrze. Idziemy na spacer, do parku, do mnie do domu, zasypiam na jego kolanach. Budzę się rano, idę do kuchni, czytam kartkę. Uśmiecham się.` 

Jestem wredna, ale Weronika powiedziała mi że mam być wredna. 
Tak on się obudził, tak on jej nie pamięta, tak to wszystko jest beznadziejne. 
Mój tt: @_mon_amour_